Bieg w Myślenicach odbywa się w marcu. Dobry typ na otwarcie sezonu. Dla niektórych to tylko przetarcie, a dla mnie – jeden z głównych startów wiosennych. Choć w sumie jeszcze w zimie.
Trasa jest płaska, choć jest delikatnie pofalowana: na 10 kilometrach około 30 metrów w górę i niemal tyle samo w dół. Jest jedna nawrotka i jedno bardzo łagodne zawrócenie. Zatem można próbować osiągnąć życiowy wynik na tej trasie.

Rok temu pierwszy raz wziąłem udział w tej zacnej imprezie. Zrobiłem wtedy PB 41m 39s. Na tyle było mnie stać. Obecnie mam lepszą formę, a składa się na to szereg powodów: zwiększyłem nieco kilometraż, dodałem piąty trening biegowy w tygodniu, sumienniej robię podbiegi i interwały, ćwiczę siłowo. Choć była jedna zmiana na minus względem zeszłego roku: waga. Rok temu było to 73, a obecnie 74,5 kg. Niby niewielka różnica, jednak spowalnia o jakieś 3 sekundy na kilometrze, co daje +30s przez ten czynnik. Niefajnie. Muszę w najbliższych kilku latach lepiej kontrolować wagę i spróbować zejść w okolicę dyspozycji stricte startowej, którą szacuję na jakieś 69-70 kg. Dla biegacza nawet jeden zbędny kilogram to balast, który ciąży przy każdym kroku. Dosłownie.

Porządna rozgrzewka i na start. W tym roku niestety nie było pace-makerów. Musiałem więc sam kontrolować tempo. Plan był prosty: od startu trzymać tempo 4:00 i – jeśli nogi pozwolą – pod koniec zafiniszować, by złamać 40 minut. 10 km w takim tempie to dla mnie bardzo duży wysiłek (powyżej tzw. progu mleczanowego) i nie wiedziałem, czy dam radę.
Ruszyliśmy. Na początku było małe zamieszanie i spory tłok (startowało ponad 400 osób). Na przyszłość chyba będę startował bardziej z przodu, żeby nie tracić cennych sekund na przeciskanie się. Po 300-400 metrach było już nieco luźniej i wyklarowały się pierwsze grupki na różnych prędkościach. Zauważyłem biegnącego kilkanaście metrów przede mną Bogusia Opryszka. Nie ukrywam, że planowałem spróbować go pokonać. Biegamy obecnie na zbliżonym poziomie, zatem mogła zadecydować dyspozycja dnia. „Siadłem mu na kole” i biegliśmy. Tempo bardzo stabilne: 3:54, 3:59. 4:05. Następnie nawrotka i dalej równo: 4:00, 4:03. Nie pamiętam dokładnie w którym momencie, ale postanowiłem nieco przyspieszyć. Oczywiście tempo nie było dla mnie komfortowe, ale czułem zapas sił w nogach i uważałem, że dam radę do mety pociągnąć odrobinę wyższą prędkość. I gdzieś po 5-6 kilometrach odskoczyłem od Bogusława. Nie wiem dokładnie na ile, bo w ogóle nie oglądałem się za siebie. Po prostu biegłem.

Mijały kolejne kilometry: szósty w 3:58, siódmy 4:02. No i pojawił się kryzys. W zasadzie jedyny tego dnia. Nogi zrobiły mi się ciężkie i miałem wrażenie, że się wlekę. Istotnie było wolniej, bo ósmy kilos wpadł w 4:08, a zegarek pokazywał prognozę ukończenia na około 40m 30s. Trochę mnie to podłamało, ale i zmobilizowało. Przecież nie przyjechałem tutaj na piknik! Zacisnąłem zęby i gnałem na maksa. Dziewiąty kilometr w 3:56. Prognoza na Garminie jakieś 40:15. Zacząłem mówić do siebie na głos: „Dawaj!”, „Szybciej!”. I dawałem szybciej. Nie miałem już siły w nogach, więc biegłem całym sobą. Miesiące treningów sprawnościowych pomogły. Wiele osób kompletnie tego nie docenia, ale praca rąk – szczególnie na ostatnim kilometrze – jest bardzo ważna i znacząco zwiększa napęd.
Finisz. Ostatnie metry. Widzę zegar, a na nim poniżej 40 minut. Rzucam się na linię mety. Ostatni kilometr w 3:50. Wow! Pomimo olbrzymiego zmęczenia, wykrzesałem z siebie solidna końcówkę. Oficjalny wynik: 39m 57s. W końcu! Marzyłem o tej chwili. Dla biegacza istnieje wiele granic, które chciałby pokonać. U mnie było / jest to +3000 metrów w Teście Coopera, <20 minut na 5 km, <40 na dychę, <90 w połówce i <3h w maratonie. Z tych pięciu celów właśnie osiągnąłem czwarty! (choć w półmaratonie mam oficjalnie 1h 30m i 2s, więc trzeba by te 3 sekundy jednak urwać). I nie wiem, czy to nie był najtrudniejszy krok, bo szybka dycha to naprawdę trudne zadanie.

Pół miesiąca temu skończyłem 50 lat. Jestem zatem klasyfikowany w kategorii M50. W XI Myślenickim Biegu Ulicznym 2026 zająłem 66 miejsce na 393 sklasyfikowane osoby (czyli 16,8 %). W M50 na 46 biegaczy byłem drugi. Podium! Kolejne marzenie odhaczone. Kto wie, może za rok – dwa uda mi się wygrać w M50. Bo nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. Przeciwnie: mam plany na dalszą znaczną poprawę formy i zejście do… aaa, nie będę o tym pisał. W każdym bądź razie plany mam ambitne i zapał olbrzymi, więc jak zdrowie i los pozwolą, to jeszcze wiele życiówek przede mną.



Dodaj komentarz