No i doczekałem się! Jak wiele innych osób, bardzo lubię Wings for Life World Run. Nietypowy bieg, w którym nie ma mety, nie ma ustalonego dystansu. Za to goni każdego z nas samochód. Czyli taka „meta pościgowa”.
W zeszłym roku wystartowałem w Wingsie pierwszy raz i przebiegłem 26,57 km. W tym roku mam lepszą formę i postanowiłem poprawić ten wynik. 4. maja 2025. Pogoda dopisała, czułem się dobrze. Przyjechałem na miejsce z zapasem czasowym, poczyniłem rozgrzewkę (jak przed każdymi zawodami) i ustawiłem się na starcie.
Na Błoniach stawiło się aż 448 osób, a przynajmniej tyle zostało sklasyfikowanych. W 2024 było 271, więc mamy duży wzrost (+65 %). No i pojawiło się więcej mocnych zawodniczek i zawodników niż rok wcześniej.
Planowałem przebiec minimum 30 km, co wymaga tempa 4:52 min/km. Wiedziałem, że stać mnie na takie tempo: kilka tygodni wcześniej przebiegłem maraton w tempie 4:53. Wydawało się, że na spokoju zrobię zaplanowane 30 km, a może deko więcej.
Wystartowaliśmy. Na początku nie szarżowałem: pierwszy kilometr w 5 minut. Później ustawiłem w nogach tempo w okolicach 4:50 i się go trzymałem. Dogoniłem Kubę Piecha i jeszcze jednego biegacza i w trójkę lecieliśmy przez jakieś 10 km. Odchyłki od założonej prędkości były minimalne: od drugiego do trzynastego kilometra najwolniejszy w 4:52, a najszybszy w 4:47.
Czułem się świetnie. Kuba tego dnia nie planował zbyt długo biec i odpuścił. Zostałem z jednym towarzyszem, ale czułem, że chcę nieco przyspieszyć. Powiedział, żebym biegł swoim tempem i sobie nim nie zawracał głowy. Tak zrobiłem.
14. kilos w 4:46, a później jeszcze szybciej: 4:44, 4:42… Do 28. kilometra trzymałem równe tempo w przedziale 4:38 – 4:48. Czując zbliżający się wielkimi krokami 30. kilometr, zacząłem długaśny finisz. No, po prostu jeszcze przyspieszyłem. 29. km w 4:28, a później 4:36. Plan już wykonałem, ale miałem apetyt na nieco więcej. Więc grzałem, ile sił w nogach.
31. kilometr w 4:30. Ciężko oddychałem, miałem już trochę dość. Ale jeszcze przyspieszyłem. 32. km – 4:26. W słuchawkach słyszałem głos Adama Małysza z aplikacji Wings – już mnie doganiał, zostało mu niewiele. Ostatnie metry. Mój krok już jest raczej dość pokraczny, ledwo dycham. I w końcu słyszę Adama: to koniec, dogonił mnie. I dobrze! By bym chyba płuca wypluł.
Zegarek pokazał mi 32,74 km, ale oficjalnie z aplikacji zmierzono 32,36 km. Prawie 6 km dalej niż rok wcześniej. Byłem naprawdę zadowolony z wyniku. Mój wynik w porównaniu z zeszłym rokiem:
- Na Błoniach: 20 na 448, czyli 4,5 % (2024: 11 na 271 = 4 %).
- W całej Polsce: 452 na 16263, czyli 2,8 % (2024: 839 na 17482 = 5 %).
- Na całym świecie: 3504 na 202906, czyli 1,7 % (2024: 5921 na 171050 = 3,5 %).
Widać olbrzymi postęp rok do roku – procentowo zejście wręcz o połowę w naszym kraju, ale i globalnie. Na krakowskich Błoniach była o wiele mocniejsza obsada niż rok temu, stąd miejsce i procenty nieco gorsze.

Podsumowanie i refleksja na koniec
Patrząc na mój tegoroczny wynik można by pomyśleć, że skoro byłem w 1,7 % najlepszych biegaczy na świecie, to „wypadałoby” za rok powalczyć o wejście do elitarnego jednego procenta. Mam jednak mieszane uczucia. Dlaczego? Powodem jest mój wiosenny kalendarz startowy. W marcu mam główny start wiosenny (Półmaraton Marzanny), a w kwietniu bieg maratoński. Wings wypadł w tym roku 4 tygodnie po maratonie. Gdyby to był bieg na 10-15 kilometrów, nie byłoby żadnego problemu. Nawet półmaraton mógłby być. Ale bieganie powyżej 30 kilometrów, z maksymalnym wysiłkiem na kilku ostatnich kilometrach, już 28 dni po maratonie? Za dużo, za szybko.
Ale, ale – przecież mówimy o poprawianiu się. Marzeniem zapewne wielu ambitnych amatorów (i moim) jest uzyskanie dystansu maratońskiego w Wingsie. A to wymaga tempa 4:24 na kilometr i czasu 3 godzin z kilkoma minutami. Robi się zatem z tego wysiłek maratoński. Choć patrząc na formułę tego nietypowego biegu, można się spodziewać nawet większego wycisku, bo wielu z nas ambitnie ciśnie do samego końca, który wydaje się wydłużać w nieskończoność.
Do powyższych przemyśleń doszedł u mnie jeszcze jeden element w tym roku: po biegu złapałem jakąś infekcję, która się ciągnęła za mną przez kilka tygodni. Nie była ostra, nie miałem w ogóle gorączki, ale trochę zajęty nos i gardło. Nic przyjemnego. Jej związek z przeciążeniem organizmu wysiłkiem jest dość oczywisty.
Mając to wszystko na uwadze, zastanawiam się, co zrobić: czy co roku biegać Wings for Life na maksa i walczyć o życiówki, czy wręcz przeciwnie – całkowicie odpuścić ściganie się. I potraktować ten bieg albo jako mocny trening, albo wręcz rekreacyjnie. I przebiec 15 czy 20 kilometrów luźnym tempem.
Jedno jest pewne: chciałbym co roku startować w tym charytatywnym wydarzeniu. Ale czy walczyć o wynik? Jeszcze nie podjąłem ostatecznej decyzji, ale na tę chwilę skłaniam się ku odpuszczeniu. Zobaczymy za rok.


Dodaj komentarz